niedziela, 25 września 2011

Komandosi w akcji


Rasmus Dahlberg jest Duńczykiem. Może to sprawiło, że przynajmniej dwie z opisywanych misji są doskonale znane. Pamiętam, jak dawno, bardzo dawno temu, Bogusław Wołoszański w swoim programie: „Sensacje XX wieku” zapowiedział pod koniec odcinka, że za tydzień ujawni sensacyjne fakty. To nie Otto Skorzeny odbił Mussoliniego z górskiego hotelu na Gran Sasso...
Nie mogłem się doczekać, dla mojego małego systemu był to wstrząs nie lada. Jeśli nie Skorzeny, to kto, głowiłem się dzień po dniu. Cóż, nie wiedziałem jeszcze wtedy zbyt wiele o pewnych zabiegach mających przykuć uwagę odbiorców, teraz wystarczy wejść na którykolwiek z portali internetowych, żeby trafić na świadomie manipulujące tytuły, które nijak się mają do treści. Bogusław Wołoszański ujawnił wtedy, że wprawdzie na górskim zboczu Apenin lądował Skorzeny, ale całą operację zaplanował generał Kurt Student, dowódca wojsk powietrznodesantowych Luftwaffe.
Drugą, sztandarową operacją specjalną II wojny światowej, jest zdobycie belgijskiego fortu Eben Emaell, na którym niemieccy żołnierze po prostu wylądowali szybowcami. Nic w tym nieznanego, ale trzeba oddać autorowi, że przedstawia rzecz całą szczegółowo. Co istotne wskazuje na przyczyny i skutki danej operacji. Książka jest napisana wartko i ze znajomością tematu, a jeśli chodzi o nieznane misje, to faktycznie również jest coś na rzeczy. Nigdy nie słyszałem o akcji sabotażowej w zakładach Norsk Hydro. Niemiecki program budowy bomby atomowej, to temat niejednej książki. Powszechnie wiadomo, że niezbędna do tego celu była ciężka woda, która od zwykłej wody różniła się tym, że zawierała atom deuteru (izotop wodoru). Określenie: „ciężka woda” doskonale wyjaśnia Dahlberg, którego pozwolę sobie zacytować: „Jeśli (...) zamrozić ciężką wodę i włożyć powstałą z tego kostkę lodu do szklanki ze zwykłą wodą z kranu, stanie się coś nieoczekiwanego. Dodatkowy atom wodoru sprawia bowiem, że kostka lodu traci swoje właściwości i nie unosi się na powierzchni, tylko opada na dno.”
Wracając jednak do samej akcji – Brytyjczycy oparli swój śmiały plan na norweskich patriotach, którzy podjęli się ryzykownej misji. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, ale czytając relację, jako żywo przychodzą na myśl sceny z filmu: „Komandosi z Nawarony”, tyle, że operacja w Norwegii bynajmniej nie jest fikcją literacką. Mamy tutaj wszystko co roznieca ogień wyobraźni – nieustraszonych Norwegów, ucieczkę, powrót w celu dokończenia misji, walkę z dziką przyrodą. Czemu nie widziałem o tym filmu?
Od książki ciężko się oderwać, autor wprowadza w nastrój pisząc jak uczestnik wydarzeń, wprowadzając czytelnika w sam środek operacji, a później przechodzi do faktów, które bynajmniej suche nie są. Całość okraszają takie epizody jak historia Thomasa Durranta, który zginął w trakcie akcji mającej na celu zniszczenie suchych doków w Saint-Nazaire. Będąc w beznadziejnej sytuacji Brytyjczycy odmówili poddania się niemieckiemu dowódcy torpedowca „Jaguar” i podjęli walkę. Durrant, strzelał z karabinu maszynowego tak długo, aż poległ w wyniku odniesionych ran. Zrobiło to tak duże wrażenie na niemieckim dowódcy, że sam gorąco rekomendował bohatera do odznaczenia. W ten sposób Thomas Durrant został pierwszym w historii żołnierzem brytyjskiej armii lądowej, któremu przyznano Krzyż Wiktorii za walkę na morzu.
W mojej ocenie 3/6
Za książkę dziękuję: Wydawnictwo Bellona

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz